Jestem człowiekiem nie tylko w dzień, ale i po zmroku - Marcus Tulius Cyceron
Społeczeństwo... »

Obyczaje nie tylko cmentarne.Polskie theatrum przemijania...

Drukuj
 

Listopadowe święto

Papież Grzegorz III w 731 roku, przeznaczając jedną z kaplic w bazylice św. Piotra na nabożeństwa ku czci wszystkich świętych, przeniósł obchody pamięci o nich na 1 listopada. I tym samym pogańskim obchodom końca roku kiedy to gaszono stary ogień a rozpalano nowy, kiedy to na ziemię, do rodzinnych okolic i domów przybywały duchy zmarłych a drogę wytyczały im ogniska na rozstajach dróg - nadał inny wymiar i sens. Wielkie ogniska z czasem (dużo go musiało upłynąć, bo jeszcze w X wieku Europa pamiętała o pogańskich zwyczajach) stały się małymi świeczkami, zniczami zapalanymi na mogiłach. A pogańskie światło dla wędrujących dusz stało się symbolem Chrystusa Zmartwychwstałego, symbolem nadziei...

Mówi się, że dzień 1 listopada to dzień Kościoła triumfującego. Kolejny dzień czyli zaduszki to święto Kościoła cierpiącego, dzień szczególnej wiary, że pokutą, modlitwą i jałmużną żyjący wierni mogą pomóc duszom w czyśćcu cierpiącym. Wierzono niegdyś, że tego dnia Bóg ostatni raz w y p o m i n a ich złe czyny i dzięki modlitwom żyjących (wypominki-wymienianki, niegdyś wielogodzinne) odpuszcza grzechy, przyśpiesza duszom w czyśćcu cierpiącym przejście do nieba.

Wszetecznice, tancerze i piekarze

Cmentarze służyły niegdyś nie tylko pochówkom. W średniowieczu były azylem dla zbiegów, którzy klecili na cmentarzach szałasy, zajmowali pomieszczenia sąsiadujące z kostnicami. Sobór w Normandii w 1080 roku choć domagał się wypędzenia zbiegów z cmentarzy, pozwalał pozostawić tam... najdłużej mieszkających!

A poza tym, można powiedzieć, że ... kwitło tam życie towarzyskie. I choć brzmi to jak niesmaczny żart a jednak. W majestacie średniowiecznego prawa działały na cmentarzach piekarnie i targowiska a kupcy zwolnieni byli z opłat. Tu gromadzili się ludzie, szukający pracy, tu ,,pracowały” wszetecznice i wszelkiej maści szarlatani, swoje występy dawali mimowie i tancerze a towarzyszyli im pustelnicy i żebracy, którzy za drobną opłatą, poczęstunek zobowiązywali się do modlitw za poleconych im zmarłych. Stąd też idąc odwiedzający cmentarze, zabierali z sobą paczuszki z jedzeniem, aby nimi zapłacić jałmużnikom za modlitwy w intencji zmarłych. Na cmentarzach odczytywano ważne zarządzenia i sądowe wyroki. Pasło się bydło, suszyła bielizna. W 1231 roku Kościół pod karą ekskomuniki zabronił tańców i harców na cmentarzach, niespełna dwieście lat później wydano zakaz występów (sic!) mimów i zakaz działalności szarlatanów.

Żegnaj, sarmato!

Nigdzie i nigdy obrzęd pogrzebowy (a i wielokrotnie śmierć sama) nie miał tak bogatej oprawy jak w czasach sarmackich (koniec XVI w. - początek XVIII w.). To było, niepowtarzalne gdzie indziej, polskie theatrum przemijania.

Zatem przychodziła śmierć, poprzedzana licznymi przygotowaniami (jeśli jej przybycie nie było gwałtowne). Umierający żegnał się z bliskimi, przepraszał pokrzywdzonych, wydawał ostatnie dyspozycje dotyczące majątku, ale i pogrzebu. Jeśli życzył sobie skromnego pochówku to odbywały się... dwa pogrzeby: jeden zgodny z wolą zmarłego, drugi - zgodny z obyczajowością: pełen przepychu i teatralności, aby i pokazać zamożność rodziny zmarłego!.

A gdy wybiła już ta ostatnia godzina, do pracy przystępowali specjaliści: balsamiści a wynajęty malarz malował portret zmarłego. Bez upiększeń! Pokazywał deformację chorobą, brzydotę starości. Konterfekty trumienne były próbą choćby częściowej realizacji marzeń o nieśmiertelności. I, dodajmy, że to wyjątkowy specyfik polskiej kultury artystycznej...

Jako, że pogrzeb odbywał się po paru miesiącach, bo trzeba było zawiadomić wszystkich bliskich i przyjaciół, też tych z odległych stron, czas oczekiwania pochówku zajmowano licznymi spotkaniami towarzyskimi: rodzina przyjmowała kondolencje i gości a wszystkiemu towarzyszył... zabalsamowany, pięknie przyodziany nieboszczyk, wystawiony na marach.

Sam obrzęd pogrzebowy trwał długo. Angażowano aktora, wcielającego się w... zmarłego. To zmarły, ale jeszcze jakby żywy, dziękował za wygłoszone na jego cześć oracje i mowy. Specyficzny element towarzyszył pochówkowi sarmaty, zasłużonego na polach bitew. Oto przed zgromadzonych gości wjeżdżał rycerz, spadał z konia, czemu towarzyszyło kruszenie kopii, niszczenie pieczęci i wszelkich innych atrybutów władzy i oznak zdobytych godności zmarłego. A gdy umarł ostatni męski przedstawiciel rodu podczas ceremonii dodatkowo jeszcze łamano tarczę herbową.

Wirtualne Niebo

Internet pełen jest cybercmentarzy z wirtualnymi alejami i grobami, na których można zapalić znicz, złożyć wiązankę kwiatów. Wirtualnych, oczywiście. Można też wpisać się do specjalnej księgi pamięci.

Sarmata czując zbliżającą się śmierć wydawał ostatnie dyspozycje itp., my, ludzie XXI wieku, możemy za życia, przygotować... pośmiertny e-mail oraz listę osób, które mają go otrzymać, gdy przekroczymy już tę ostatnią ,,granicę”. Dzięki zaufanej osobie i wyspecjalizowanemu w takiej materii serwisowi e-mail-pożegnanie pośmiertne dotrze do wyznaczonych osób.

Jest też w internecie Wirtualne Niebo - coś na wzór sarmackich portretów trumiennych, które miały ocalić od zapomnienia podobiznę zmarłego. Z tą jednak różnicą, że w tym ,,niebie” nie ma brzydoty, starości i cierpienia (co jest odbiciem panującej teraz mody na piękno i młodość) a czas zatrzymał się w ulotnych chwilach szczęścia. To nowoczesna forma ocalenia od zapomnienia naszych drogich zmarłych.

Nie dotarła do nas natomiast moda na instalowanie w płytach nagrobnych specjalnych monitorów, na których odwiedzający może obejrzeć wideoklip poświęcony zmarłemu.

Biznes w nekropolii

Do niedawna na cmentarzach jedyną ,,instytucją” było biuro, w którym załatwiało się rozmaite formalności (głównie pogrzebowe, zamawiało usługi pielęgnacji grobu itd.), tu można - nadal - dowiedzieć się gdzie jest pochowany krewny, znajomy itd. Z czasem nekropolie obrosły kwiaciarniami, firmami oferującymi nagrobki, renowację grobowców itp. Współczesny cmentarz, zwłaszcza tuż przed 1 listopada, to wielki biznes.

Wejścia do największych nekropolii przypominają obozowe garkuchnie: tu smażą się na ruszcie kiełbaski, tam sprzedają grochówkę z wkładką, unosi się zapach słodkiej waty i korzennych pierników. Dla przyjezdnych to wielka ulga - nie muszą szukać w mieście restauracji, dla innych przyczynek do oburzenia. A jednak... Wszystko to jest nie uświadamianym sobie dalekim echem pogańskich i wczesnochrześcijańskich zwyczajów karmienia dusz, które w ten dzień odwiedzają znajome kąty... Wtedy zwyczaj, dziś - biznes ale i wygoda dla odwiedzających nekropolie.

Zabytkowe nekropolie stały się też miejscem kwest - zbierane (najczęściej przez popularne osoby) pieniądze przeznaczane są na renowację starych nagrobków, będących często dziełami szacownych artystów.

Cmentarze, rzec można, żyją własnym życiem, które dyktują... zmarli.

 

Ewa Kłodzińska