
Prawo do strajku jest jednym z efektów demokracji. Jednak pracodawca ma wiele możliwości, aby do takiego strajku nie dopuścić. Stąd jako akt swoistego heroizmu, można uważać strajk włoski, jaki podjęli pracownicy marketów i centrów handlowych.
Wiem, że wielu z nas powie, że z dużej chmury mały deszcz. Rzeczywiście strajk włoski w Boże Ciało nie ogarnął takiej ilości ludzi, na ile się zapowiadało. To jest tylko dowód, że wciąż jeszcze strach przed utratą zatrudnienia jest silniejszy niż prawo człowieka do odpoczynku.
Prawo do odpoczynku stało się tematem wielu czwartkowych kazań. Nic dziwnego - odmienność dnia świątecznego od dnia pracy zawarta jest w dekalogu. Jednak wcale nie tylko o względy religijne tu chodzi. Prawo do odpoczynku jest najstarszym społecznym prawem, jakie zna ludzkość. Dziś owo prawo zdaje się być zastąpione innym - prawem rynku, które zamiast na pierwszym miejscu stawiać rozwój człowieka i jego dobra, stawia zysk. Zadziwiające, że w Europie praw człowieka i swobód obywatelskich, są takie kraje, gdzie odmawia się człowiekowi prawa do odpoczynku.
Winę za taki stan rzeczy ponoszą w pierwszym rzędzie pracodawcy. Można mówić nawet o pewnej formie terroryzmu, bo jak inaczej nazwać sytuację, w której pracodawcy są czasem „panami życia i śmierci”. Przed wieloma pracownikami marketów i centrów handlowych stoi dramatyczny wybór pomiędzy egzekwowaniem praw, które im się należą, a zwolnieniem z pracy i utratą czasem jedynego źródła utrzymania dla siebie i swoich rodzin. Cynizm kierujących wielkimi sieciami handlowymi, a także ciągle jeszcze niespokojny rynek pracy, gdzie zawsze znajdują się ludzie gotowi pracować na każdych warunkach i za każde pieniądze, pozwalają na paradoksalną wręcz sytuację. Z jednej strony mamy więc kraje Europy Zachodniej, gdzie wolny świąteczny dzień należy się ludziom, jak przysłowiowa psu zupa. Z drugiej strony jest Polska, w której sieci handlowe zbierają kokosy właśnie w święta. Nasz kraj stał się bez wątpienia rajem dla wielkich sieci handlowych, zwłaszcza zagranicznych. Nie dość, że prowadzą swoją działalność na preferencyjnych zasadach, to jeszcze nie muszą sie martwić, że ktoś zaprotestuje przeciw czemuś, co byłoby nie do przyjęcia w krajach na zachód od Odry. A nawet jeśli komuś nie odpowiadają warunki pracy, to pracodawca nie ma się o co martwić - na jego miejsce czekają inni, gotowi go w każdej chwili zastąpić niesubordynowanych.
Prawo rynku, to jednak prawo zysku. Nie ma zysku, nie ma handlu. Pojawia się zatem pytanie o stopień solidarności społecznej, ale także o nasze - klientów przyzwyczajenia. Nie znam osobiście kogoś, kto nie byłby nigdy w niedziele w markecie. Ciągle jeszcze spotyka się ludzi, dla których możliwość zrobienia zakupów w niedziele jest świętym prawem. Nie chodzi wcale o poranne zakupy ciepłych bułeczek. Myślę raczej o rodzinnych wyprawach do marketów i centrów handlowych. Niejednokrotnie ludzie chodzą po galerii, czasem tylko oglądają. I bez zmrużenia oka spacerują między regałami i wolą nie myśleć o ludziach, którzy nie mają wolnego tylko po to, aby inni mogli pooglądać modne ciuszki, czy wyjechać z koszem pełnym bardziej i mniej potrzebnych zakupów. To po prostu niesprawiedliwe.
Artur Artmann
12.06.2007.