Wyjeżdżając z Tyńca, pozostawia się nie tylko klasztorne zabudowania, ale również atmosferę miejsca. Bez wątpienia atmosfera takiego czy innego miejsca, to dziś towar deficytowy.

Nie zdziwiłbym się, gdyby mieszkańcy wielkomiejskich blokowisk nie wiedzieli o czym mówię. Sam mieszkam w bloku i wiem, że te mieszkania nie mają w atmosferze niemal nic z domu. Przypominają raczej okrętowe kajuty, przeznaczone do zaspokajania potrzeb podstawowych: spania, jedzenia i wiadomo jeszcze czego. Ludzie z bloku najczęściej się nie znają. Mijają się na długich korytarzach lub parkingach. Nawet ziemia na której ów blok stoi nie należy niejednokrotnie do jego mieszkańców. I tak każdy żyje sobie i idzie swoją drogą, a o jakiejś szczególnej prywatności można jedynie pomarzyć. Nawet chęć głośniejszego wysłuchania koncertu czy płyty z dobrą klasyczną muzyką może skończyć się uskarżaniem się sąsiadów wyrażanym zazwyczaj stukaniem w rurę od kaloryfera. Jednak wciąż są tacy ludzie, którzy za cenę czynszu, wcale nie tak bagatelnego, kupują sobie dar świętego spokoju od wszelkiego rodzaju obowiązków związanych z posiadaniem własnego domu, a nie mieszkania.
Dom bez wątpienia ma inną atmosferę. Przede wszystkim jest mój, przy czym słowo „mój” ma tutaj znaczenie szczególne. Ziemia na której stoi jest również moja. Dzięki temu mogę powiedzieć, że mam swoje miejsce na ziemi, a owo „mam” wyraża się bardzo konkretnie przez akt własności. Dzięki temu staje się odpowiedzialny za, mikroskopijny co prawda, kawałek świata i jest to „mój świat.” Wreszcie sam dom jest tworem, który ja sam wykreowałem i to od początku do końca. Każdy detal nosi tu ślady działalności konkretnego człowieka – jeśli nie mnie samego, to przynajmniej kogoś, kto zarówno był związany z tym miejscem od pokoleń, jak również jest mi bliski przez taką czy inną linię pokrewieństwa. Stąd w pewien sposób „moja” jest zarówno bryła budynku, jak i jej poszczególne elementy, które składają się na to, co nazywamy domem. Każdy, nawet najdrobniejszy szczegół, jest misternie umiejscowiony. Wszystko w domu nosi w sobie znamiona decyzji podjętej przez człowieka. Jest wreszcie otoczenie domu: ogród, trawnik i co tam sobie jeszcze ktoś wymarzył. I nie ma wreszcie sąsiadów, którzy – mimo woli – są świadkami rodzinnych smutków i radości. Wreszcie prawdziwy dom jest niemym świadkiem pokoleń, rodzenia się i umierania. Ludzie przemijają, a dom trwa i nabiera niejednokrotnie charakteru niemal magicznego. Podobne reguły dotyczą domu zakonnego jakim jest tynieckie opactwo. Choć domownicy są różni, łączy ich wspólny stół, kościół i praca jaką wykonują wokół jednego domu, dbając o to, aby był on coraz piękniejszy. Choć charaktery są różne, to jednak wszystkich jednoczy troska o wspólny dom. Dom zatem staje się nie tylko miejscem do mieszkania, ale rzeczywistością, która łączy, jednoczy wokół siebie. Atmosferę domu, nawet tego znajdującego się na warszawskim blokowisku, na szczęście tworzą przede wszystkim domownicy.
Piotr Chudziński