
.Powroty do domu są radością. Witają domownicy, żona serwuje smaczny obiad, cieszy się wnuczka, ale nikt nie wyraża ładunku radości w tak spektakularny sposób jak ona. Skacze, piszczy, macha ogonem jak marynarz sygnałówkami na manewrach a ze szczęścia zostawi nawet mokrą plamę. Jest członkiem rodziny na specjalnych prawach. Ta mała kruszynka przed 10 laty przyjechała do Krakowa z Gniezna. Hodowca zapomniał dać skrawka koca z matczynym zapachem. Męczyliśmy się całą noc. Ona, głaskana na dywaniku przy moim łóżku, kwiliła żałośnie. Dopiero nad ranem znużeni, zasnęliśmy - ja z bezwładnie opuszczoną ręką a ona, pochlipując, ssała mój piąty palec. I tak się zaczęło. Dorastała w przyjaznym środowisku. Zbudowałem jej w ogrodzie ocieplaną dwuizbową budę. Nie spała w niej ani jednej nocy. Zasypiała na legowisku lub na dywaniku w domu. Niczego nie zniszczyła i nie "zgarnęła", choć smakołyki były w jej zasięgu.
Z przystojnym kawalerem o nobliwym nazwisku Sadle Tramp of Oudenarde miała 10 szczeniąt. Żona z córką odebrały poród, ciesząc się maleńkimi brązowo - rudymi "serdelkami". Dokarmia-jąc przez smoczek psim mlekiem w proszku, pomogły matce wykarmić wszystkie. Szczenięta poszły w dobre ręce. Imiona zaczynały się na literę "B". Bunię otrzymał wnuk w Łodzi, choć zięć sprzeciwiał się, ale w ostatecznie uległ i dzisiaj jest ona jego ulubienicą. Bossa podarowaliśmy choremu już od dłuższego czasu profesorowi Janowi Szancenbachowi. Po kilku miesiącach nadeszła wiadomość, że Boss przebywa w azylu. Po numerze rodowodowym w lewym uchu odzyskałem go. Niestety zachorował na śmiertelną chorobę zwaną parwowirozą. Cała lekarska rodzina, dyżurując na zmianę, ratowała go lekami i kroplówkami. Był w agonii, nieprzytomny z zapadniętymi oczami błagającymi o ratunek. Wiedza medyczna i siły witalne młodego psa sprawiły, że po 14 dniach zaczął pić... i... dzisiaj mieszka u leśniczego k/Niepołomic. Miłośnik psów z Katowic otrzymał Bingo dla córki, którą terier właśnie opuścił - rodzice zapragnęli sprawić
córce po jej powrocie z wakacji - kojącą niespodziankę. Baca, Brytan, Bajka, Bora i Bella "poszli"
do dobrych ludzi. Matka może być ze swych szczeniąt dumna - wszystkie zdobyły miłość nowych właścicieli.
Na polowaniach na dziki nie puszczałem jej wraz i innymi kundlami w nagance w obawie przed " rozpruciem" szablami odyńca. Ona była hrabianką, na stanowisku siadała przy mej lewej nodze i
czekała na polecenia. Była średniej wielkości, więc z łatwością wnosiłem ją na krzesło łowieckie (zwyżkę), siedziała po mej lewej a ja położywszy rękę na jej grzbiecie, drzemałem. Drżenie jej ciała budziło mnie a kufa wskazywała kierunek zbliżających się dzików.
Bezbłędnie przewidywała moje niezapowiedziane z wojaży zagranicznych powroty. Z dwudniowym wyprzedzeniem, z kufą przy szparze w drzwiach, czekała na mój dzwonek do furty. Rodzina była więc przez nią dobrze informowana. Wierny towarzysz w lesie, w polu, na spacerze a w domu cicha, skromna i spokojna ale zawsze radosna i przymilna. W zimowe mroźne wieczory pokładała się na stopach domowników i grzała jak piecyk. Nigdy nie wchodziła tam, gdzie jej nie pozwolono: na fotel czy do łóżka. Z jednym wyjątkiem - lubiła wpełzać pod koc, by położyć się u stóp swej pani, wypoczywającej na kanapie. Uwielbiała ludzkie towarzystwo, choć z córką Bunią bawiła się również chętnie.
Śmiertelna choroba: insulino-oporna cukrzyca z metaboliczną kwasicą, pomimo wszelkich sposobów ratowania - zmogła ją. Kilka godzin po dużej brzusznej operacji, przeczołgała się ze swego legowiska na dywanik przy łóżku żony, by czuć się bezpiecznie w bliskości z człowiekiem. Podobnie czyniła, gdy jej pani leżała chora - dniami i nocami warowała przy jej łóżku. Potwierdziło się powiedzenie: "Docenisz jak utracisz". Wybierając się z żoną na spacer, odruchowo sięgnąłem w przedpokoju po smycz, by zaraz zdać sobie sprawę, że niestety, nie będzie już potrzebna. Nasz terier irlandzki FIGA, metrykalnie Ruda Katalpa z domu Brawura od Fafika już z nami na spacer nie pójdzie. Marzy mi się, żeby choć część tej bezinteresownej przyjaźni przełożyć na obecne stosunki międzyludzkie - byśmy mniej na siebie warczeli.
Prof. Antoni J. Dziatkowiak
