Nie można żyć szczęśliwie, nie żyjąc godnie, moralnie i rozumnie - Epikur Z Samos

Ludzie »

Wrocławski Nikifor

Nie było w Europie podobnego artysty. Nie ukończył żadnej szkoły. Ale za to rzeźbił. Tylko w glinie, ale jak! Jego pracami interesowały się nie tylko rodzime galerie, ale również w Lozannie. Gliniane ołtarze i monumentalne rzeźby, to dzieła, których nie powstydziłby się żaden absolwent akademii sztuk pięknych.

Zagajewski dostał od miasta mały domek, który stał się jego mieszkaniem i pracownią. Praktycznie nic nie posiadał. Miał absolutny dystans do rzeczy materialnych. Podczas gdy jego koledzy po fachu brylowali na salonach i wystawnych bankietach, “Stasia Śrubki” – jak wołali na niego okoliczni mieszkańcy – w ogóle ten świat nie interesował. Ludzie mieli go za dziwaka. Dnie spędzał albo na rzeźbieniu, albo na śpiewaniu religijnych pieśni, których nauczył się w zakonnych sierocińcach w których przebywał, albo wreszcie zbierał różne rzeczy, wyrzucane przez ludzi na śmietnik. W swoim domku miał stół, miskę do rozrabiania gliny i elektryczną lampkę. To wszystko. Spał na legowisku wraz ze swoimi psami.

Próbowano go doszkolić do jakiegoś zawodu, miał skończyć nawet szkołę budowlaną, jednak to, co naprawdę mu wychodziło, to rzeźbienie. Czy to w sierocińcu, czy w czasie wojny chroniąc się w piwnicy, między beczkami z kapustą, czas spędzał na rzeźbieniu. W latach siedemdziesiątych był cenionym rzeźbiarzem. Dość dobrze zarabiał, jednak pieniądze go nie interesowały. Rozdawał je różnej maści oszustom i naciągaczom.

Miejsce w historii sztuki zapewniły mu monumentalne ołtarze: “Arma Christi”, “Baranek Boży”, “Ojciec Maksymilian Kolbe”. Razem stworzył ich dwanaście, ale w całości zachowało się tylko osiem.

Mieszkańcy Włocławka długo nie zapomną widoku Stanisława Zagajewskiego. Nieogolony, kuśtyka pchając dziecięcy wózek wypełniony tym, co przeciętny człowiek nazwałby śmieciami. Jedni mieli go za wariata, inni za kloszarda, nieliczni pamiętali jego sukcesy, a mało kto zdawał sobie sprawę, że jego najnowsze dzieło zamówiła galeria w Lozannie. Zwyczajny, prostolinijny do bólu: “Sposób nakładania gliny podpatrzyłem u jaskółek budujących gniazdo. One przynoszą w dziobach po kawałeczku i przyklejają. I ja tak samo. Warstwa po warstwie. Rozrabiam maleńkie kuleczki w palcach, nakładam, modeluję. Jak by się chciało od razu z dużej bryły, to też można, ale ja tak nie robię. O glinie wiem dużo. Najważniejsze, żeby dobrze wyrobić. Nie da się mechanicznie, trzeba ręcznie. Żeby rzeźba miała szlikier, trzeba nasikać. To ważne. Trochę śmierdzi, ale potem, jak się gotową wypali, to nic nie czuć.” – wspominał w wywiadzie udzielonym w 2003 roku “Dużemu Formatowi”. Jak sam podkreślał, nie interesowało go to, co stanie się z jego rzeźbami. Miały być jedynie dziękczynieniem Bogu za talent. Zmarł 4 kwietnia 2008 roku w wieku 81 lat.

Czasem zazdroszczę Stanisławowi nie tylko talentu, ale tej prostolinijności i tak rzadkiej dziś umiejętności bycia ponad “tu i teraz”. I oczywiście tej zwyczajności...

 

Artur Artmann

10.04.2008.