Jest to złota zasada w życiu: wymagać mało od świata, a wiele od siebie - Chryzyp z Soloj
Ludzie »

Po co to nam ?

Drukuj
 

A bo to pierwszy raz Wałęsa jest kontrowersyjny. Podawał Kwaśniewskiemu nogę i oskarżał go o kłopoty z wyrażaniem myśli („ani be, ani me, ani kukuryku”). Po latach potyczek wypił z nim „brudzia” na imieninach. Mówił o plusach dodatnich i plusach ujemnych, był jednocześnie za, a nawet przeciw. Niektóre powiedzenia legendarnego przywódcy Solidarności weszły na stałe do języka potocznego. Gdyby jednak chodziło o kolejną prostacką wypowiedź, to skwitowalibyśmy ją uśmiechem, jednak sprawa jest dużo bardziej poważna, a pytań bez odpowiedzi jest coraz więcej. Czy Wałęsa, to „Bolek” czy „Lolek”, czy nie wiadomo kto? Czy rzeczywiście mógł donosić na swoich kolegów? Czy rozpoznawał ich na zdjęciach, a dane dyktował funkcjonariuszom UB? Czy oddał do IPN-u zdekompletowaną teczkę, aby zatrzeć ślady swej konfidencji?

Wcale nie mam zamiaru na te pytania odpowiadać. Przede wszystkim dlatego, że nikt oprócz samego Wałęsy nie ma dostatecznej wiedzy na temat tych bolesnych tematów, a „bohater” współpracy się wypiera. Nie dam się nabrać na jakąś nową historyczną metodę badawczą w której kaci i sporządzone przez nich papiery wystawiają świadectwo moralności postaciom, które – czy się to komuś podoba czy nie – są postaciami historycznymi.

Gdzieś w tle rodzi się pytanie o rolę Instytutu Pamięci Narodowej. Jak to możliwe, że wiceprezes tego Instytutu i niektórzy jego pracownicy z oburzeniem reagują na publikację dwóch pracowników tego samego Instytutu. I jak to możliwe, że wiceprezes jest niezadowolony, podczas gdy prezes chwali „wysoki poziom kwerendy” autorów publikacji, którą ta badawcza skądinąd jednostka, zdaje się polecać Polakom jako „lekturę obowiązkową” podczas wakacyjnego plażowania.

Wszyscy zgadzają się, że poszukiwanie prawdy – również tej historycznej – jest bardzo ważne. Jednak ów historyczno-polityczny kontekst jest zastanawiający. Przypomnijmy, że praca ta została rozpoczęta, żeby nie powiedzieć zlecona, w czasach, kiedy wybory wygrali ludzie kwestionujący dorobek III Rzeczpospolitej. Z hukiem ogłosiły powstanie IV RP. Dla ludzi tego pokroju, rzeczona książka jest niezbitym dowodem na zgniliznę czasów po 1989 roku. Aż chce się powiedzieć „zobaczcie, znaleźliśmy dowód na to, że ten cały okrągły stół i wszystko co działo się po nim niemal nic nie znaczy”. Dowód oparty jest na analizie dokumentów wystawianych bądź co bądź przez ludzi, których opozycja złożona zarówno z Lecha Wałęsy, Andrzeja Gwiazdy, Anny Walentynowicz i wielu innych osób, chciała odsunąć od wpływu na losy naszego kraju. Dziś ludzie ci stoją nie tylko po różnych stronach politycznej sceny – co do pewnego stopnia jest zrozumiałe – ale zdają się stać również po przeciwnej stronie barykady. Polska kłótliwość pokazała znów swój pazur i wielu dało się w tą walkę wciągnąć, zbijając większy lub mniejszy kapitalik.

Dochodzimy tu do pytania, czy instytut historyczny, utrzymywany z pieniędzy wszystkich Polaków, jest powołany do tego, aby stawać się uczestnikiem tego typu gierek, ba nawet je inspirować przez wydawanie publikacji, która niemal trąci komercją. Czy IPN rzeczywiście istnieje tylko po to, aby publikować książki, które mimochodem starają się udowodnić tezę tylko jednej opcji politycznej? Czy wreszcie historia, choćby najboleśniejsza, musi stawać się służebnicą politycznych idei i wyobrażeń, lansowanych przez wygranych i przegranych politycznej sceny? I wreszcie dlaczego Instytut powołany do wyjaśniania historii publikuje taką książkę właśnie w takim, a nie innym czasie, jakby nie zdawano sobie sprawy z konsekwencji takiej publikacji? Na te pytania trudno mi znaleźć odpowiedź.

Obok tego jeszcze jedno gorzkie zderzenie. Po raz kolejny rusza proces w sprawie pacyfikacji „Wujka”. Zastanawiam się... gdyby IPN z taką pieczołowitością godną sprawy „Bolka”, zajął się odpowiedzią na pytanie o odpowiedzialnych za tę zbrodnię, to sąd nie miałby wątpliwości, jaki wydać wyrok. Tymczasem w tej sprawie ma się wrażenie, że ciągle nie wiadomo dlaczego padły strzały. Niedługo dojdziemy do przekonania, że strzałów nie było, skoro nawet wysoki sąd nie może przez lata dać na odpowiedzi na jedno proste pytanie: „Kto?”

Nie jestem przekonany, czy jest nam potrzebna kolejna awantura o przeszłość. Odwraca przecież uwagę od przyszłości, która będzie zawsze trudniejsza. Wymaga ona bowiem od ludzi czegoś więcej niż grzebaniny w pożółkłych papierach. Możliwe, że dlatego w Polsce ciągle lepiej wychodzi kłócenie się o przeszłość, niż kreatywny spór o przyszłość. To trochę tak jak w meczu z Austrią – cała winę zwalamy na sędziego, wspominając z łezką w oku sukcesy trenera Górskiego, bo trudno nam się przyznać, że nasi piłkarze po prostu nie umieją grać. Przyszłość będzie zawsze bardziej wymagająca, więc możemy sobie póki co życzyć mądrości i odwagi. Tak na wakacje...


Piotr Chudziński

23.06.2008.



Na zdjęciu: Herb przydzielony Wałęsie przez Urząd Heraldyczny Królestwa Szwecji z okazji nadania Królewskiego Orderu Serafinów. Według intencji projektanta – Adama Heymowskiego – nawiązuje do polskich barw narodowych i do herbu Gdańska. Jeden z krzyży zastąpiony został lilią, symbolizującą Matkę Boską Częstochowską.