Jest to złota zasada w życiu: wymagać mało od świata, a wiele od siebie - Chryzyp z Soloj
Ludzie »

Nieszczęśni bohaterowie...

Drukuj

Na początku marca w jednym z ogólnopolskich dzienników ukazał się artykuł w którym autor szeroko opisywał „nowości” zawarte w SB-eckich teczkach na temat profesorów i wykładowców poznańskiego Wydziału Teologicznego. Autor próbuje udowodnić w artykule z góry założoną tezę. Zakłada, że Kościół traktuje niesprawiedliwie eks-księdza – Tomasza Węcławskiego. Z pozorami współczucia wskazuje, że poddanie badaniom prac naukowych byłego dziekana jest dla niego samego krzywdzące. Jako przeciwwagę szeroko omawia rzekomą współpracę wykładowców tego uniwersyteckiego wydziału z komunistyczną bezpieką. Takie postawienie sprawy wywołuje niesmak. Wymaga to więc krótkiego wyjaśnienia.

Badanie pism profesora Węcławskiego jest bowiem głęboko uzasadnione. Zakwestionował on bowiem ostatnio jedną z najważniejszych podstaw katolickiej wiary – bóstwo Chrystusa. Nic więc dziwnego, że dzieła profesora poddano badaniom, skoro studenci tegoż wydziału nadal używają prac profesora, jako podręczników do nauki teologii. Warto zdać sobie sprawę, że w katolicyzmie kwestionowanie bóstwa Chrystusa jest jednym z najpoważniejszych błędów. To tak, jakby w matematyce zakwestionować twierdzenie Pitagorasa. Nie można się więc dziwić badaniom prac profesora, skoro są one podstawą nauki teologi na poznańskim Wydziale Teologicznym.

Zestawienie tego faktu z historycznymi faktami z życia profesorów i wykładowców Wydziału jest w moim przekonaniu porównaniem niesprawiedliwym. Tym bardziej, że „oskarżeni” nie uchylają się od odpowiedzialności. W rozmowie z redaktorem przyznają się do kontaktów z SB, podkreślając jednocześnie, że działali w dobrej wierze, a owe kontakty były wymuszone funkcjami, jakie wówczas pełnili. Wątpliwości co do rzetelności dziennikarskiej budzi również fakt, że jeden z kapłanów od kilku lat nie żyje – nie ma więc możliwości obrony przed SB-eckimi teczkami. Nie jestem pewien, czy we współczesnym dziennikarstwie stosowanie metody „nieobecni nie mają racji” jest etycznie dopuszczalne.

W ostatnich dniach media doniosły również o rzekomym molestowaniu podopiecznych przez jednego z księży. Również i w tym przypadku z tego bolesnego wydarzenia uczyniono medialny news. Zupełnie nie rozumiem jednak, czyjemu dobru miał on służyć. Mimo, że w reportażach podkreślano, że proces nadal się toczy, zapomniano jednak o starej prawnej zasadzie domniemania niewinności. Mediom zabrakło cierpliwości, aby zaczekać do ogłoszenia oficjalnego wyroku, mimo, że proces podejrzanego toczy się w dwóch sądach: kościelnym i cywilnym. Medialny news nie służył również ofiarom. Możemy sobie tylko wyobrazić, co czuły ofiary i ich rodziny, które niemal przez cały dzień zmuszone były do słuchania fragmentów przesłuchań. Nie można przecież zapominać, że były to zeznania bardzo osobiste i przede wszystkim bolesne.

Zgadzam się, że tak trudnych spraw nie można „zamiatać pod dywan”. Zgadzam się również, że Kościół musi wypracować mechanizmy, które chronić powinny ludzi przed tego typu nadużyciami. Zgadzam się również z tym, że społeczeństwo ma prawo do rzetelnej wiedzy o otaczającym świecie. Nie jestem pewien jednak, że należy czynić z niej newsa na sprzedaż i informację dnia. Wiedza ta przecież ma swoją cenę. Tą ceną jest godność człowieka. Mam tu na myśli nie tylko godność „winnego”, ale również dobro osób pokrzywdzonych, którzy - czy tego chcieli, czy nie - stali się medialnymi gwiazdami.

Warto zadać sobie pytanie, czy o takie media nam chodzi. Media nie liczące się z bólem i intymnością człowieka. Media w których każde zło jest publiczne. Media, które z każdej wiedzy uczynią informację dnia, nie patrząc na owych nieszczęsnych bohaterów.

 

 

Piotr Chudziński

12.03.2008.