Nim się pochwalę, baczę na to, czy to innych też ucieszy - Francois de la Rochefoucauld
Ludzie »

Czysty obraz-80 lat Andrzeja Kurzawskiego

 

Obecny, chociaż ostatnio z powodu niedomogów zdrowotnych coraz rzadziej, na niemal wszystkich wernisażach w poznańskich galeriach. Nie jest jednak tajemnicą, że najlepiej czuje się w swoim „Gołębniku”. Tak Andrzej Kurzawski nazywa swoją pracownię, do której kiedyś wdarły się gołębie czyniąc niemałe spustoszenie.

Każdy, kto był tam zaproszony mówi o „Gołębniku”, jako o miejscu magicznym. Pozorny nieład, różne cenne drobiazgi, bo coś się we wspomnieniach się z nimi wiążę – jak z ceramiczną kopią rzeźby Ludwika Pugrta „Dama z hartem”, czy pożółkłą pocztówką z reprodukcją obrazu „Gracze w karty” Paula Cézanna, z otwartą zawsze książką Jana Cybisa... W kącie korytarza pracowni, małe obrazki na posklejanych płytach, w grubych ramkach z różnych kawałków drewna.

- Wtedy, po wojnie – mówi Andrzej Kurzawski niczego nie było, żadnych gotowych blejtramów, ba nie było na nie materiałów. Zbieraliśmy co się dało, sami to zbijaliśmy. Ale czy ma znaczenie na czym obraz jest malowany i jakiej jest wielkości? Ważne jaki jest. Cézanne namalował niewiele i raczej małych obrazów. I wystarczyło! Niemniej o swojej twórczości nie chce mówić. Należy do tej formacji, która wypowiada się obrazem, nie potokiem słów, które potem w żaden sposób do niego nie przystają.

Na odwrociu obrazów w korytarzu daty: 1947, 1951, 1953... Na płótnach pejzaże, Park Sołacki, domy na Starołęce, domy w Kazimierzu, plener w Skokach, martwe natury, kwiaty. Wyraźna przynależność stylistyczna, estetyczna do kolorystów i kapistów. Wyszedł przecież z pracowni Stanisława Szczepańskiego, Wacława Taranczewskiego i Eustachego Wasilkowskiego.

Na stole małe czarno-białe zdjęcie, na nim dwie postacie: w białych fartuchach przed sztalugami plecami do siebie – stoi Andrzej Kurzawski, siedzi – Teresa Pągowska. Obok jeszcze jedno zdjęcie. Mostek w Parku Sołackim. Stoją: on, Józef Flieger, Alfons Gielniak, Zygmunt Gromadziński ... To było ponad 50 lat temu. Teraz jest sam.

Przeglądam obrazy, oparte o ściany pracowni. Dominują pejzaże. Pejzaż jest głównym motywem obrazów Andrzeja Kurzawskiego. Coraz bardziej rozbielany. Andrzej Kurzawski całe twórcze życie zmaga się z bielą. Chyba nikt tak nie maluje bieli jak on. - Owszem, mimo że mocno oszczędny, nadal na deskach, kartonach i płótnach pojawia się kolor; są brunatności, gołębie szarości, są tonacje niebieskie, po ultramarynę, ale Andrzej Kurzawski – tak to odczytuję – pokazuje przede wszystkim biel, owy brak koloru, który ma jednocześnie tyle tonacji i jakież zagęszczenie... Dla Andrzeja Kurzawskiego ważna jest bowiem również faktura obrazu. Chropawa, ale w swój srebrzystości stanowiąca zarazem pewną tajemnicą; wciągająca, urzekająca. Nawet wtedy, gdy pejzaż jest brunatny, gdy łamią go ostro linie skał, jak w cyklu powstałym po powrocie (lata 60.) z plenerów w Bułgarii i Jugosławii.

W pracowni, w kącie pod oknem intruguje wielka sterta tubek po farbach. Andrzej Kurzawski cytuje Eustachego Wasilkowskiego: „Malarstwo nie znosi skąpstwa”.

W ostatnich latach powstał cykl „Okien”. Ale to nie jest patrzenie z okna, czy przez okno. To patrzenie z własnego wnętrza, wnikliwy dyskurs z tym, co już wcześniej powstało, dążenie do

o b r a z u  c z y s t e g o . Znaczenie ma każde pociągnięcie pędzla. Znaczenie ma format. Andrzej Kurzawski dokleja płótno, lub kartony na wysokość, albo szerokość kompozycji. Nie u niego zunifikowania blejtramów. Jest w pełni z a m i e r z o n a kompozycja.

Gdy z uporem dopytuję o istotę malarstwa, z pośród różnych druków, wyjmuje jeden z folderów, czyta: „Obrazy ... rodzą się nie z natury lecz z innych obrazów, w kulturze one tkwią, a nie w przyrodzie”. To profesor Zdzisław Kępiński – mówi – ja się z nim zgadzam...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

31 stycznia 2008 Andrzej Kurzawski ukończył 80 lat. Nadal jego życie wypełnia rytuał malowania. Codziennie pokonuje blisko 100 stopni do swojego „Gołębnika” i staje przed sztalugą.

 

Grażyna Banaszkiewicz