Jest to złota zasada w życiu: wymagać mało od świata, a wiele od siebie - Chryzyp z Soloj
Dla psychologów... »

Zdrowa prowokacja-II

W wypadku tej metody intuicja i nieszablonowość postępowania są wyjątkowo cenne, gdyż nigdy nie wiadomo, wjaki sposób zaatakować pacjenta, by jego prawdziwy problem wypłynął albo - lepiej - został wypchnięty na powierzchnię. Znawcy tematu mówią jednak, że to nie jest atak, lecz bardzo bliski kontakt z człowiekiem. Terapia prowokatywna Franka Farrelly'ego powstawała przez wiele lat. Ukształtowały ją po trosze klasztor, psychologia i filozofia. „Byłem niecierpliwy, podobnie jak inni chciałem wymiernych rezultatów, tych namacalnych dowodów na poprawę. „Pokaż mi" to dewiza stanu Missouri, skąd pochodzę. Kiedy dorastałem, moim ulubionym świętym był Tomasz. Chciałem jak ów niedowiarek wsadzić palec w ranę i sprawdzić, czy to prawda i jak to jest. Pokaż mi dowody - tak byłem wychowany. Chodziłem do jezuickiego liceum, potem cztery lata spędziłem w klasztorze benedyktynów, moi bracia są zakonnikami, ale przed święceniami powiedziano mi, bym szukał szczęścia gdzie indziej"-wspomina Farrelly. Wyrzucony z klasztoru Frank ukończył filozofię, a potem psychologię społeczną na katolickim uniwersytecie. Ma za sobą 40 lat pracy zawodowej na oddziałach psychiatrycznych i to, co robi z ludźmi, nazwałabym rodzajem egzorcyzmów psychicznych. Niektórzy pacjenci potrafili stanąć na nogi przez noc. „Czasem czułem się jak święty Jakub, który wspólnie z aniołami zmaga się z diabłem. Słucham ludzi od śródka, jak na spowiedzi, i wiem, że to ich zmienia". Prowokować to znaczy wyzwalać. W tej terapii wyzwala się prawdziwe ; uczucia, emocje, dotyka się problemu j przez stworzenie bliskiego kontaktu.

Za każdym razem widać, gdzie jest problem, jakie towarzyszą mu emocje, jak wchodzi się w sferę zawstydzenia, strachu. Terapia prowokatywna jest troszeczkę dokuczaniem, zabawą przyjaciół, ironizowaniem z pozycji adwokata diabła. Kiedy dwóch mężczyzn rozmawia z sobą, brzmi to czasem strasznie obrażająco, brutalnie. Ale jeśli mówi się to samo z leciutkim przymrużeniem oka, delikatnym uśmiechem i otwartym sercem, te same słowa brzmią inaczej . „Szedłem kiedyś ulicą - opowiada Frank - w chwili, gdy mijał mnie duży mężczyzna, inny facet w garniturze zaszedł go od tyłu, chwycił za gardło iuderzył pięścią w nerkę, pokrzykując: „Cześć ty stary...!". To był język męskiej szatni. Zaczepiony odwrócił się, złapał go za szyję, walnął pięścią w brzuch i odpowiedział: „Ty stary...". Tak sobie pogadali. Myślałem i bałem się, że to mężczyźni pełni przemocy, a okazało się, że byli kumplami. Ta relacja była autentyczna, bez żadnego udawania, i to było piękne. Ludzie, którzy dotykają się, poza słowami przekazują mnóstwo informacji o sobie."

 

Grażyna Dobroń