W każdym zakątku ziemi, gdzie tylko hukniesz wesoło - echo Ci wesoło odpowie - Alfred Tarski
Dla psychologów... »

"Skazani na przyzwoitość"

Drukuj

Skazani na przyzwoitość czyli wezwani nie tylko do miłości bezwarunkowej, ale postawieni w sytuacji nieustannej wędrówki pod prąd. Podobnej do szukania perły upuszczonej na ziemię. Szukania pośród napierającej plątaniny spieszących się nóg, nieraz brutalnych i bezwzględnych, a nieraz tylko nie dość uważnych. Nóg goniących w przeciwna stronę. Bo tłum zmierza na zewnątrz, w stronę sukcesów mierzonych dochodami, stanowiskami. Napędzany nieustanną rywalizacją, konkurencją, nastawiony na osobistą wygraną.


Tymczasem rodzice i bliscy osób niepełnosprawnych wędrują w głąb siebie, by tam odszukać wiarę, nadzieję i miłość. Odszukać i na nowo zrozumieć sens człowieczeństwa. Sens człowieczeństwa swojego i swojego dziecka, brata, wnuka, kuzyna, siostrzenicy, bratanka. Zmierzyć się z demonami stereotypów i uprzedzeń. Dogadać się z własną naturą, ułomną ludzką kondycją. Zmuszeni są do przyspieszonego kursu tego, co hiszpański myśliciel Ortega y Gaset, a za nim polski psycholog Kazimierz Obuchowski, nazywają „doczłowieczaniem”. Czyli kursu stawania się człowiekiem w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Bez udawania, grania nie swoich ról. Obaj uczeni uważają, że warunkiem „doczłowieczenia” jest „zgoda na tragedię”. To w tym akcie, powtarzanym każdego dnia od nowa, wykuwa się nasze człowieczeństwo. Dotyczy to wszystkich ludzi, tyle, że rodzice i bliscy osób niepełnosprawnych mają mniej szans na wymiganie się od tego najważniejszego z naszych życiowych zadań. Są jak jest w tytule – skazani na przyzwoitość.


Spotkanie z osobą niepełnosprawną to spotkanie z kimś, kto funkcjonuje głównie w oparciu o starszy ewolucyjnie mózg emocjonalny. Z kimś, czyje zachowanie regulowane jest przede wszystkim przez intuicję. Czyja mądrość jest mądrością świata roślin, które same z siebie wiedzą kiedy rozpocząć i kiedy zakończyć proces wegetacji. Jest mądrością ptaków znających najlepsze trasy przylotów i odlotów, zwierząt wiedzących co i kiedy jeść, ile zapasów zgromadzić na zimę, kiedy zasnąć, hibernować. Taka osoba wie czy jesteśmy wobec niej i samych siebie uczciwi. Czy jesteśmy prawdziwi. Oczywiście, możemy, z poziomu naszego racjonalnego mózgu, próbować czarować rzeczywistość, roztaczać różne miraże, tworzyć pozory. Ale oni wiedzą, że to tylko miedź brzęcząca. Ulegają nam, bo nie mają wyboru. Nie rozwiązuje to niestety ani ich ani naszych problemów.


Jedyną drogą prowadzącą do ich i naszego szczęścia jest „dobrowolne wejście w tragedię”. Na czym ona polega w przypadku rodziców i bliskich osób niepełnosprawnych? Na życzliwym wobec siebie, a zarazem uczciwym pod względem poznawczym, zmierzeniu się z:

  • Zawiedzionymi własnymi oczekiwaniami, marzeniami, nadziejami, szansami („mnie nie wyszło, ale mojemu dziecku się uda”);

  • Traktowaniem dziecka jako elementu służącego podniesieniu własnej samooceny (możliwość pochwalenia się sukcesami dziecka i poczucie wstydu, kiedy nie dorównuje innym dzieciom);

  • Atawistycznym lękiem jaki wszyscy odczuwamy wobec „inności”, ponieważ mogła ona być sygnałem zagrożenia (wróble atakują kanarka kierowane dokładnie tym samym lękiem);

  • Odwiecznym lękiem przed „wykluczeniem ze stada” (w zbiorowej nieświadomości przechowujemy pamięć o tym, że „inność” powodowała wykluczenie z grupy, stada, a poza nią, nim groziły niebezpieczeństwa, ze śmiercią włącznie).


Trzeba się z tym uporać, oczyścić z nierealnych, zawiedzionych nadziei i oczekiwań. Przezwyciężyć lęki, które są naturalne dla nas wszystkich. Różny jest poziom wyzwań, przed którymi stajemy. Na te zmagania mamy wypróbowane lekarstwo.


Nie bez powodu chrześcijańskie przykazanie miłości mówi: kochaj bliźniego swego, jak siebie samego. Psycholodzy wypowiadają się w tej kwestii jednoznacznie: potrafimy kochać innych o tyle o ile jesteśmy zdolni kochać samych siebie. Kochać miłością mądrą, na którą składają się: wiedza, troska, szacunek i odpowiedzialność. Trzeba zacząć od rzetelnej wiedzy na temat tego kim jesteśmy, kim są nasi bliscy niepełnosprawni. I przyjąć tę wiedzę z całym szacunkiem, troską, odpowiedzialnością i akceptacją. Tylko w ten sposób będzie możliwa zmiana prowadząca do dalszego rozwoju. W 1970 roku Arnold Beisser sformułował paradoksalną teorię zmiany. Głosi ona, iż zmieniamy się dopiero wtedy, gdy staniemy się sobą. Nie możemy się zmienić stosując wobec siebie przemoc, jaką jest zaprzeczanie temu, kim jesteśmy, temu co czujemy.

Bliscy osób niepełnosprawnych czują się na ogół przygnieceni ogromem niezliczonych ciężarów, obowiązków. Bardzo się starają im podołać. Żyją nadzieją, że „kiedyś będzie lżej” i odkładają dbanie o siebie na „lepsze czasy”. Zaciskają zęby i „robią swoje”. Tymczasem osoby niepełnosprawne, niczym najwrażliwsze sejsmografy, odbierają i zaciśnięte zęby, i umęczone barki, i śmiech przez łzy. Rodzi to w nich niepokój, blokuje, czują się winne temu, że rodzice, krewni, bliscy znajomi nie są szczęśliwi. Tworzy się i zapętla błędne koło, koło coraz większego wysiłku, zmęczenia, bólu i rozczarowań. Chęć jego przerwania zderza się z myśleniem: ale nie mam możliwości, żeby to zmienić. Chęć zmiany kończy się na litanii różnego rodzaju „nie mam”, nie mogę”. I wcale, przynajmniej z pozoru, nie jest to litania wydumana.

Rzecz w tym, że prawda wygląda tak - „wystarczy ci to co masz”. Opowiada o tym starotestamentowa historia Gedeona. Postać Gedeona znana jest z Księgi Sędziów.

Izraelici nie dochowywali wierności Bogu. Zostali ukarani najazdami Madianitów, Amalekitów i nomadów z pustyń syro-arabskich, którzy rabowali ich żywność. Bóg ulitował się nad nimi. Posłał anioła do wieśniaka o imieniu Gedeon. Gedeon młócił akurat zboże cepem na klepisku. Pomysł, że mógłby stanąć na czele wojsk wyzwalających Izrael był dla niego, mówiąc najdelikatniej, zbyt fantastyczny. I nie posłuchał anioła. Bóg musiał posłać anioła drugi raz i wtedy Gedeon zostawił zboże z cepem na klepisku. Poszedł wojować. Ale okazało się, że to nie był koniec zaskakujących pomysłów Boga. Rozkazał Gedeonowi zwołać wojsko. Zebrało się 32 tysiące żołnierzy. Przeciwników było aż 135 tysięcy! Mimo to Bóg powiedział Gedeonowi: „masz za dużo ludzi”, „powiedz tym, którzy się boją, żeby wrócili do domu”. Kiedy Gedeon tak zrobił, odeszło 22 tysiące żołnierzy. Zostało tylko 10 tysięcy, a wróg miał nadal 135 tysięcy wojowników! Bóg jednak uważał, że „tych ludzi ciągle jest za dużo”. Kazał zaprowadzić ich nad strumień, żeby się napili. Potem polecił Gedeonowi odesłać do domu wszystkich, którzy pili prosto ze strumienia: „zostaw tylko tych trzystu ludzi, którzy pili i rozglądali się dookoła, a na pewno zwyciężysz”. „Wystarczy ci to co masz”. Zostało 300 żołnierzy przeciwko 135 tysiącom przeciwników.

Kiedy nadszedł czas walki Gedeon podzielił swoich trzystu żołnierzy na trzy grupy. Każdemu dał róg oraz dzban, w którym była schowana świecąca pochodnia. Koło północy otoczyli obóz nieprzyjaciół. Później wszyscy razem zatrąbili na rogach, rozbili dzbany i zawołali: „Miecz Jehowy i Gedeona!” Wrogowie obudzili się, lecz nie wiedzieli, co się stało. Bardzo się przerazili i zaczęli uciekać. Dzięki temu Izraelici mogli ich pokonać.

Wystarczyło im to co mieli. Zauważmy, Bóg kazał w pierwszej kolejności odprawić tych, którzy się bali. A potem tych, którzy nie byli dość uważni. Kiedy zostali sami odważni i uważni, dzięki kreatywności, pomysłowości zwyciężyli. Naturalnie, w wymiarze religijnym można powiedzieć, że zwyciężyli dzięki Bogu. Ale równie dobrze można powiedzieć, że Bóg daje nam chleb – a przecież nie orze, itd.


Do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska mówi afrykańskie przysłowie. Ilu ludzi potrzeba jeżeli jest to dziecko specjalnej troski? Dziecko ze szczególnymi potrzebami wychowawczymi? A ilu ludzi tak naprawdę jest z tymi dziećmi i ich rodzicami? Choć podobno „wszystkie dzieci są nasze”.


dr Jadwiga Kwiek


*Tekst wykładu wygłoszonego podczas spotkania  Tarnowskiego Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych TARSON w dniu 13 grudnia 2017.