Jest to złota zasada w życiu: wymagać mało od świata, a wiele od siebie - Chryzyp z Soloj
Dla psychologów... »

Jak grom z jasnego nieba-I

 

JAK GROM Z JASNEGO NIEBA 

Wszystko zaczęło się zimą 98' roku. Miałam wtedy 12 lat. Na początku zachorowałam na pozornie zwykłą grypę, a potem na zapalenie płuc. Jak zawsze podczas takiej infekcji siedziałam w domu, brałam leki. Po kilku tygodniach wróciłam do zdrowia i wydawało się, że to koniec moich problemów zdrowotnych. Jednak po kilku miesiącach zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Ja sama nie zwróciłam na to uwagi, ale moja mama tak. Mieszkam na 4 piętrze i zawsze bez żadnych problemów wbiegałam po schodach, a tu nagle zaczęłam się bardzo męczyć. Moje usta i palce były sine, serce waliło jak opętane, jakby chciało się wyrwać na zewnątrz. Mama zawiozła mnie do Centrum Zdrowia Matki Polki - na oddział kardiologiczny. Tam natychmiast zrobiono mi wszystkie niezbędne badania (EKG, ECHO serca). Pani Doktor po obejrzeniu wyników nie miała żadnych wątpliwości. Diagnoza była jednoznaczna - kardiomiopatia restrykcyjna.
Choroba ta musiała być wynikiem przebytego zimą (nie zdiagnozowanego) zapalenia mięśnia sercowego. Moje serce rosło w bardzo szybkim tempie uciskając na wątrobę. Żadna operacja nie wchodziła w grę, tylko przeszczep serca i to jak najszybciej. Każdy dzień zwłoki powodował coraz gorszą wydolność serca, a tym samym moje osłabienie. Każda infekcja, każda bakteria była bardzo niebezpieczna i równało się to z pobytem w szpitalu i podawaniem leków dożylnych. W sierpniu zostałam wpisana na listę osób oczekujących na serce. Lekarze z CZMP starali się aby moje serce mogło jak najdłużej pracować, jednak z czasem było coraz gorzej. Nie mogłam chodzić do szkoły, ani chodzić po schodach. Przez ten cały okres prowadziłam życie kanapowe czekając na telefon, który miał mi podarować nowe życie. Od początku grudnia byłam już na liście pilnej, bo moja wydolność była coraz gorsza. Pierwszy wyczekany telefon był kilka dni przed Wigillią 99' roku - pamiętny poniedziałek. Niestety okazało się po kilku godzinach, kiedy już dotarłam do szpitala w Zabrzu, że serce jest "za stare". Dawcą była prawie 40-letnia kobieta i lekarze obawiali się, że różnica wieku jest zbyt duża. Drugi telefon był po tygodniu, także w poniedziałek. Tym razem dawcą była 12-letnia dziewczynka. Wszystko już było gotowe i w ostatniej chwilii, gdy miałam już jechać na blok operacyjny, serce zmarło... Kolejny powrót do domu i czekanie. Mówi się, że do trzech razy sztuka i w moim przypadku tak było. Trzeci telefon był dwa tygodnie później - w poniedziałek 10 stycznia 2000 roku. Widać poniedziałek był mi pisany i tym razem wszystko potoczyło się błyskawicznie. W ciągu 4h od telefonu byłam już w klinice w Zabrzu. O godzinie 14 zaczęła się operacja, a 4 h później już miałam nowe serce! O moim dawcy wiem tylko tyle, że była to młoda dziewczyna i do dzisiaj bardzo dziękuję jej rodzinie, że dali mi drugie życie. Gdyby nie ich zgoda, to nie wiem czy dostałabym drugą szansę od losu.

Katarzyna