Praca to miłość, która przybiera kształt - Khalil Gibran

Aktualności i nie tylko »

I co się pani tak uśmiecha...?!

Drukuj


W swoim tomiku poetyckim sprzed ośmiu lat „ŚWIAT BEZ POMYSŁU” zawarłam żartobliwy – wydawać by się mogło – taki (poniżej) zapis, bo traktuję ten wiersz złożony z codziennych w windzie spotkań z moimi sąsiadami. A jak żartobliwie mówię: – za życia mieszkam w niebie, bo na XVI, de facto z powodu tzw. piętra „O”, na XVII pietrze. No i ich kurtuazyjność, ich reakcje po wejściu do windy, gdy przychodzi nam razem zjeżdżać lub wjeżdżać, gdy winda co i rusz staje i ktoś następny w niej się pojawia, zwłaszcza w porannym „rejsie” najczęściej zamykają się wersami:


WINDĄ


O pani, ale dzisiaj duchota …

Znowu nam przymroziło. Jak długo jeszcze …

Tych mgieł nie da się wytrzymać.

Pada i pada …

Strach wychodzić na to wietrzysko.

A słońca jak nie widać, tak nie widać.

Wszystko wypalone, drożyzna będzie …

Kiedy wreszcie …


Nie mam czasu na złe pogody


=

Mini felieton ten, o maxi sprawach – (trawestując, oczywiście toutes proportiones gardéeses ! – tytuł popularnych przed laty filozoficznych rozważań prof. Leszka Kołakowskiego (1927- 2009) „Mini wykłady o maxi-sprawach”) – chcę poświęcić właśnie naszemu zakażaniu niechęcią wszelką naszej zwykłej codzienności.


Kiedy podróżujemy i bywa, że zupełnie nieznany Włoch przechodząc mimo, tak po prostu pozdrawia nas swoim „ciao”, „ciao come stai” .., nieznany Hiszpan podobnie: „hola”, „hola como estas”, czy Francuz machający ręką, uśmiechający się woła „salut !” , „comment allez vous ?!”, jest nam miło, te niezobowiązujące gesty ocieplają międzyludzkie relacje.

A tu.

Wsiadający do windy nie zawsze mówią dzień dobry, nie zawsze przepuszczą matkę z dzieckiem, czy kogoś starszego.

Wchodzą do windy, jak automaty, bywa ze spuszczonym lub uciekającym wzrokiem i od razu atmosfera robi się ciążka. Niech już będzie ten parter burczą, gdy winda – a tak niestety bywa – zatrzymuje się na niemal każdym piętrze. Jakby takie burczenie mogło cokolwiek zmienić.

Po czym milczą (jak to ujął Krzysztof Gąsiorowski w wierszu „II Złe doły”* … „Jak chłop po pożarze”.

No i przyznaję, że i ja przestałam się już odzywać, po tym jak właśnie mówiąc z uśmiechem „Dzień dobry !”, usłyszałam: – A pani co się tak śmieje, pani co tak wesoło ?!


Wtedy naprawdę zrobiło mi się wesoło, coś we mnie pękło,. Rozumiem, że ktoś ma gorszy dzień,

boli go ząb, głowa, czy kręgosłup, przemówił się z żoną, nie zapalił mu samochód, zgubił klucze do mieszkania, albo coś tam jeszcze trudnego, przykrego się wydarzyło. Niemniej jego naburmuszenie, warkliwość niczego nie naprawi, nie uleczy. Ogólną jedynie atmosferą skwasi, zaczadzi.

I w tym rzeczywiście zaczynamy być „mistrzami”.

Burkamy na siebie w domu, w windzie, na ulicy, w sklepie, nierzadko w pracy.

Jesteśmy niemili i nie empatyczni w środkach komunikacji miejskiej. Każdy rusza w kierunku zatrzymującego się autobusu, czy tramwaju, nie bacząc na wysiadających. Co zresztą stało się zjawiskiem powszechnym. Reguła, iż najpierw się wychodzi, potem wchodzi, najpierw się wysiada – potem wsiada (aaa, do windy pierwsi wsiadają ci, którzy jadą najwyżej, by na każdym pietrze nie wypychać ich wszystkich z windy żeby samemu z wielkim niezadowoleniem nie wydobyć się z niej na nawet I, II, III … piętrze !

Ta sama reguła winna działać w każdym innym miejscu, bo ileż osób może wejść do jakiegoś pomieszczenia, gdy cały czas ludzie się tylko do niego wpychają ?

W komunikacji miejskiej chodzi oczywiście o zajęcie, na choćby jeden przystanek, miejsca siedzącego ! To poprawia samopoczucie, lepiej nas samych dla siebie plasuje.

Zajmując dogodne miejsca zapatrzamy się jak nie w komórkę, to gdzieś w iluzoryczny punkt ponad głowami wszystkich wokół, by nie dostrzec osoby starszej, kobiety z dzieckiem, osoby niedołężnej itd., itd. Chłopacy siedzą, ich rówieśnice brylują nad nimi …

Co za czasy ! - Brzmi w każdej epoce.

Tylko, że nasz epoka ludnościowo w stosunku do jeszcze kilku dekad wcześniejszych niemal się podwoiła. Jest nas generalnie więcej, trącamy się łaociami.


Ulicami, przejściami przez jezdnie, idziemy na zderzenie. Nie ma już lewej i prawej strony ruchu. Logika została uśpiona. Ani dom, ani szkoła nie wpaja dzieciom podstawowych zasad funkcjonowania na wspólnych przestrzeniach. Spychający czują się „w sile”, to im podbija ich ego, „wzmacnia” samopoczucie. Do czasu, gdy nie trafią na bardziej butnego. Wtedy mamy przepychanki, pyskówki. Mamy tragedie, gdy przenosi się to na wszelkie drogi dla pojazdów.

Codzienna ilość informacji o tragediach na polskich drogach jak dotąd nikogo nie ostrzeżenia.

Trudno odwoływać się do jakiegokolwiek rozsądku, gdy umysł zaburzają złe emocje, wzajemna do siebie niechęć, wieczne poirytowanie wszystkim z czym przychodzi się nam w życiu mierzyć.

=

Weszłam do windy, a teraz zatoczyłam krąg naszych spotkań w różnych miejscach, ludzi najczęściej nabuzowanych, czymś poirytowanych, czujących się nie w tym życiowym miejscu,

w którym chcieliby się – bez względu na przygotowanie i predyspozycje – widzieć. By dać upust swoim napięciom muszą szturchnąć, zepchnąć, wyprzedzić, naurągać, nautyskiwać.


Kiedy więc w tej mojej windzie codziennie wysłuchuję słowa wszelkiego niezadowolenia – zwłaszcza wobec podstawowego winowajcy źle rysującego się dnia, z uśmiechem odpowiadam:

– Nie mam czasu na złe pogody !

I wcale nie jest mi wesoło, tylko dlatego, że się uśmiecham.

Zwyczajnie – sama siebie nie chcę zatruwać patrzeniem na naszą rzeczywistość, jako na coś, co muszę odreagować „bijąc” w innych.

Będę więc broniła życzliwości i uśmiechu.

Przy czyn nie chodzi o to, żeby błaznować. Dobre wiemy, że wszelcy trefnisie, non stop tryskający niby-żartami, z zębami na wierzchu, z minami niczym co sekundę zmieniająca się maska bywają

w istocie naprawdę wkurzający.

Pogoda ducha, wewnętrzna równowaga, zachowania adekwatne do sytuacji, to wyznaczniki, czynniki w miarę płynnego, przyjaznego obcowania z otoczeniem, bo sytuacji, relacji stuprocentowo dla wszystkich idealnych – nie łudźmy się – nie ma !


Też bywam chora, wkurzona, popełniam błędy, miewam problemy i rozterki, nie udaje mi się czegoś osiągnąć, chodzę za pogrzeby, rozstaję się z osobami, z którymi mi – jak to się zwykło mówić – mi nie po drodze, ale gdy na mówienie dzień dobry z uśmiechem, słyszę pytanie co mi „tak wesoło ?”, mogę odpowiedzieć jedno: – Wolę twarz z pogodnymi zmarszczkami, niż oblicze wiecznego malkontenta, wiecznej zgredy !




Grażyna Banaszkiewicz

  • dziennikarz, reżyser -

     


Zdjęcia: Paweł Łukasz Nowakowski


* Krzysztof Gąsiorowski , wiersz „II Złe doły” – tomik „wyprawa ratunkowa”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 19